Cudze chwalimy, Janoscha nie znamy - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Cudze chwalimy, Janoscha nie znamy

Panama jest cudowna. A Zabrze? Do środkowoamerykańskiego kraju – wymarzonego celu podróży – Miś i Tygrysek, bohaterowie książek Janoscha nigdy nie docierają. Za to w mieście, leżącym w latach 30. XX wieku tuż przy granicy Niemiec i Polski, w bardzo paskudnych czasach urodził się i spędził dzieciństwo autor uwielbianych opowieści dla dzieci. Według własnej relacji, były to najgorsze lata jego życia. Od 2011 roku Horst Eckert ma tytuł honorowego zabrzanina, w marcu miasto świętuje jego urodziny. I tyle. Czy jest jeszcze szansa na więcej?

- Z Janoschem jest jak w regule, opisanej w powiedzeniu: „cudze chwalicie, swego nie znacie”.  W Niemczech to popularny pisarz, w świecie autor niezwykle cenionego cyklu o Misiu i Tygrysku. U nas jedno przedszkole nosi jego imię, a raz w roku, dla jego lokalnych zwolenników organizujemy trzydniowe  urodziny pisarza – cykl imprez prezentujących jego literaturę dla najmłodszych oraz wątki biograficzne związane z Zabrzem – mówi Dariusz Walerjański, zasiadający Radzie Miasta, historyk, a prywatnie wielbiciel talentu Janoscha i jego osobowości. Docenił je tak bardzo, że od lat między imieniem i nazwiskiem dopisuje pseudonim „Gryzok”, identyfikując z postacią z „Cholonka…”, najbardziej znanej w Polsce powieści Janoscha dla dorosłych.

A początki nowych, dorosłych związków pisarza z Heimatem miały być zupełnie inne. Bogate, ścisłe.  Janosch, czyli Horst Eckert urodził się 11 marca 1931 roku, w familoku przy ulicy Piekarskiej w Zaborzu Porembie. Dziś prawie nic z niej nie zostało. Poza wybrukowanym fragmentem ulicy tylko cegły z jego domu, ocalone, by wręczać je osobom zasłużonym dla Górnego Śląska. Miejsca zawłaszczyła Drogowa Trasa Średnicowa, a lokatorów familoków, wyburzonych pod jej budowę przeniesiono do nowego osiedla Jodłowa. I właśnie jedno z takich mieszkań, dwupokojowych, z aneksem kuchennym miała zająć zabrzańska, literacka sława. Pomysł narodził się podczas pierwszej wizyty Janosch, w latach 90. XX wieku. Obustronne uzgodnienia były podobno zaawansowane. Chodziło nie tylko o bezpłatny dach nad głową, ale i pensję wypłacaną przez miasto w zamian za promowanie go, za spotkania z fanami. – Janosch jednak wycofał się z tego planu.. Być może dlatego, że dotarły do niego krytyczne opinie o nim – mówi Dariusz Walerjański. – W Zabrzu unikał wysłanników mediów. Mieszkał w hotelu na placu Teatralnym. Podczas jednej z wizyt ogłosił wszem i wobec, że w samotny spacer po mieście wybierze się następnego dnia, o określonej godzinie. W wyznaczonym terminie fotoreporterzy stali więc z wycelowanymi obiektywami. Zobaczyli Janoscha, ale wracającego do hotelu. Opowiedział mi później, że chodził po Zandce i co charakterystyczne dla niego, wysikał się w tym samym miejscu, co przed wojną – mówi Dariusz Walerjański.

Niechęć do dziennikarzy podobno zawiodła go na Teneryfę, wyspę, na której zbudował dom i gdzie wreszcie szczęśliwie się zakochał. Drugi, podawany przez niego powód wyprowadzki z Niemiec był bardzo pragmatyczny: miał nim być łagodniejszy, hiszpański system skarbowy i niższe podatki. A ta praktyczność działania to bezdyskusyjnie spadek po przodkach. Ślązacy w jego ocenie właśnie tacy są. Gdyby jednak w literackim portrecie chodziło tylko o tę cechę mieszkańców Zabrza i całego regionu, pewnie nie byłoby problemu. Ale Janosch dostrzegł inne, znacznie gorsze.– W „Cholonku, dobrym Panu Bogu z gliny” tylko jedna postać, w świecie widzianym oczami narratora – dziecka jest dobra. To właśnie Gryzok, z którym się utożsamiam. Inni nie budzą sympatii. Opisy zdarzeń, postaci są tym bardziej kontrowersyjne, że zaczerpnięte z własnej biografii. Są po prostu prawdziwe – mówi Dariusz Walerjański.

A z taką prawdą trudno się zmierzyć: z codziennym okrucieństwem, również wobec najsłabszych, sąsiedzką nienawiścią, hipokryzją, oportunizmem, bigoterią, alkoholizmem, głupotą. Złe cechy i grzechy mieszkańców ulicy Piekarskiej długo można by jeszcze wymieniać. Pierwsze polskie wydanie „Cholonka” ukazało się w latach 70. XX w. Na autora spadła fala krytyki, m.in. za to, że w powieści nie ma szlachetnych Ślązaków, walczących w powstaniach, kochających polską ojczyznę. Książka, ocenzurowana, by nie plamić wizerunku czerwonoarmistów, była wtedy tak obrazoburcza, że jej publikację tłumaczono zemstą Zdzisława Grudnia, ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. Miał się na nią zgodzić, bo Ślązacy go nie cierpieli. Zresztą do dziś książka ma swoich przeciwników.

- „Cholonek” poza Śląskiem jest trudny do zrozumienia. Ludzie widzą zazwyczaj warstwę komediową, bez historycznej. Odczytują tylko tę powierzchniową, a to za mało. Myślę, że kluczem do powieści jest znajomość historii regionu, złożoności losów jego mieszkańców. Bez tego książka Janoscha będzie tylko śmieszną, rubaszną opowieścią. Sęk w tym, że wesołe reakcje podczas lektury to tylko pierwsza warstwa. Pod nią kryje się m.in. dramat chłopca, który swoje dzieciństwo uważa za najgorszy czas w życiu. Horst Eckert był bity przez rodziców, katechetów, rówieśników. Na fotografiach jego mama ma wydrapaną twarz, a pisarz mówi o sobie najczęściej: heretyk, zagłuszający wspomnienia z dzieciństwa alkoholem. Do Kościoła żywi głęboką niechęć, choć paradoksalnie uwielbia rozmawiać o Bogu. Na spotkaniu w Katowicach zapytał publiczność, czy jest wśród niej ksiądz. Był. Zaczęli rozmawiać, kiedy jednak Janosch zorientował się, że ludzie nie tego oczekują, przerwał dyskusję z duchownym. Mnie, podczas spotkania w cztery oczy zapytał, czy jestem wierzący. Powiedziałem, że tak. Wtedy zaproponował, że powiedzie coś, co odwiedzie mnie od Boga. Odmówiłem. Rozważania z Janoschem na temat wiary są trudne, bo doskonale zna Biblię, pewnie znacznie lepiej od niejednego praktykującego katolika. Stale leży przy jego łóżku – opowiada Dariusz Walerjański.

Janosch w Zabrzu był kilka razy. Jednym z prezentów, który zostawił w mieście była sztuka dla Teatru Nowego. Nigdy jej nie wystawiono, podobno z powodu jej antykościelnej wymowy. I to kolejny powód, dla którego Janoscha można na Śląsku i w Zabrzu nie lubić. W jego oczach nie jesteśmy ani bohaterami, ani dobrymi katolikami, zaś Kościół, o czym mówi i pisze potrafił czynić zło w imię Boga. Patrząc z zabrzańskiej perspektywy, trudno domówić racji również temu ostatniemu twierdzeniu. O tym, że w tej sprawie, na przestrzeni lat nie wszystko się zmieniło przekonali się ci, którzy chcieli wysłuchać relacji wychowanków zabrzańskiego ośrodka sióstr boromeuszek.

- Od wielu lat pracuje z przyjaciółmi: Czesławem  Zdechlikiewiczem, Angelą Bajorek  i Stowarzyszeniem „Janosch Familijo” nad wzmocnieniem związku Janoscha z Zabrzem. Marzę, by końcu, wzorem innych miast i u nas stanęła ławeczka z jego podobizną 1:1. Taka, na której można przysiąść i zrobić sobie zdjęcie z pisarzem, zadumać się nad jego bajkową filizofią – dodaje Dariusz Walerjański.

Inne, zabrzańskie marzenie związane z Janoschem jest tak samo kontrowersyjne jak on sam: pochówek pisarza w alei zasłużonych, na starym cmentarzu przy ulicy Wolności. Takiej przyszłości dla nieczynnej dziś nekropolii chce jej opiekun, Kamil Wloczka. – Wiem, że Horst Eckert rozmyśla o śmierci. Powiedział, że zarezerwuje mi miejsce      po drugiej stronie. Publicznie deklarował, że mógłby być pochowany w Zabrzu, nie sądzę jednak by był to dobry temat do rozmowy u schyłku jego życia. Jeśli tego zechce, żona Ines z pewnością wypełni jego wolę i po śmierci wróci do rodzinnego miasta – dodaje Dariusz Walerjański.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *