Kaci wśród medyków? - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Kaci wśród medyków?

W salach wykładowych Śląskiego Uniwersytetu Medycznego panują feudalne stosunki. Zamiast średniowiecznej relacji pan – chłop, jest równie krzywdząca: wykładowca – student. Tak wynika z relacji uczących się w Zabrzu i Katowicach. O swoich doświadczeniach opowiedziały w sieci setki studentów. Mówią o poniżaniu jako codziennej normie, fatalnych warunkach zdobywania wiedzy i zawodowego doświadczenia, mobbingu, molestowaniu. Sytuacja jest trudna do zrozumienia z dwóch powodów: trwa od lat, a kaci –bo tak niektórych nauczycieli nazywają studenci – przed nazwiskiem mają „prof.”.

Studentka A, która mury uczelni opuściła 2 lata temu, dziś w trakcie specjalizacji, szczególnie źle wspomina zajęcia w katedrze dermatologii. – Powszechną praktyką było odpytywanie studentów, którzy podczas badania pacjenta nie wykazali się odpowiednią aktywnością lub nie zdołali się do niego dopchać, by dotykając go usatysfakcjonować prowadzącą zajęcia. Wiedzę o tym, jak należy zachowywać się w jej obecności, mieliśmy od innych studentów. Była przekazywana z ust do ust. Komu nie udało się zastosować do reguł, kończył odpowiadając na pytania pani profesor. Oczywiście każdy robił to źle, bo każdy musiał wyjść z przekonaniem, że nic nie umie. W katedrze ginekologii słuchaliśmy komentarzy na temat własnego wyglądu. Jej szefa, pana profesora drażnił m.in. męski zarost, fryzury studentek. Ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego zapamiętam regularne dokręcanie śruby – zaliczenia i egzaminy, przygotowane tak, by ich zdanie graniczyło z cudem. Gdy zaczęłam naukę zmagałam się depresją, a atmosfera uczelni tylko pogłębiła chorobę. Miałam myśli samobójcze. Dziś pracuję wśród życzliwych ludzi, ale i tak zastanawiam się nad swoją zawodową przyszłością. Na pewno żałuję lat spędzonych w ŚUM. Gdybym jeszcze raz mogła wybrać i gdybym miała obecne doświadczenia, nigdy bym tam nie studiowała.

Według innej relacji, studenta B, droga z Zabrza/Katowic do Wrocławia wygląda jak trasa pielgrzymki do Lourdes. Na Dolny Śląsk, po medyczną wiedzę jedzie kto tylko może. – Ja nie, z powodów osobistych. Za to dzięki tym roszadom wiemy, jak źle jest u nas. Mamy punkt odniesienia, utwierdzający nas w przekonaniu, że opinie, formułowane żale i zastrzeżenia są zasadne. We Wrocławiu widać, że da się inaczej: że studenta nie trzeba poniżać, że nie trzeba za wszelką cenę udowadniać mu niewiedzy. W Zabrzu, podczas egzaminu dyskwalifikujące bywa jedno słowo, zastąpione synonimem. A przecież na pamięć nie da się nauczyć wszystkich podręczników, choć w Zabrzu właśnie takie są oczekiwania. Inny przykład standardów ŚUM, nieprzystający do dzisiejszych to jakość zajęć. Na te z genetyki mieliśmy przynieść klej i nożyczki, by wycinać z papieru chromosomy i łączyć je w odpowiednie sekwencje. Uniwersytet ma nowoczesny sprzęt, kupowany za pieniądze z naukowych grantów, my jednak go nie dotykamy. Korzystają z niego nauczyciele. Konkrety? Zam


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *