Koronawirus szybszy od rządzących - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Koronawirus szybszy od rządzących

W pandemii najgorsze są opóźnienia, decyzje podejmowane za wolno. Tak uważa Michał Kucap, ratownik medyczny. To z zawodowego punktu widzenia, a z ludzkiego – bezradność chorych, potrzebujących pomocy i nie mogący jej znaleźć.  

Z jaką największą prędkością pan jechał?

Zastawiam się… Oczywiście nie myślę o prywatnym samochodzie, ale o ambulansie.

Odczytał pan moje intencje. Właśnie o karetkę pytam.

Maksymalna prędkość ambulansów, z górki, na autostradzie to 140,150 km/h.

I z taką prędkością pan jechał?

Jeżdżę nią standardowo, tym bardziej, że na terenie Zabrza są dwie autostrady i Drogowa Trasa Średnicowa.  Ale w mieście, między budynkami to nieosiągalny wynik, zbyt ryzykowny, mimo że karetka jest pojazdem uprzywilejowanym.

Zostańmy przy rekordach. Najdłuższa trasa w pandemii?

Do szpitala w Raciborzu, to jednak codzienność. Rekordowa, pod względem przejechanych kilometrów okazała się dotąd droga do Głubczyc, w województwie opolskim, do szpitala psychiatrycznego. Pacjent, którego wieźliśmy nie miał COVID.

Najdłuższy czas oczekiwania z zakażonym koronawirusem?

Około 4 godzin.

Ten wynik to żaden rekord. Miał pan szczęście? Czy inni pecha?

Wiele zależy od dnia tygodnia. Najgorzej jest w weekendy, gdy nie pracują dyrektorzy szpitali. Często dyżurują lekarze kontraktowi, niezwiązani umową o pracę z placówkami. Pojawia się problem z podjęciem decyzji i stąd m.in. rekordy oczekiwania na przyjęcie. Jestem koordynatorem ratownictwa medycznego, dyżuruje w Urzędzie Wojewódzkim i wiem, że fali potrzebujących hospitalizacji nie da się przewidzieć. Niedawno, spędziłem noc w pracy. Zalegających wizyt było 43.

To dużo?

W obecnej sytuacji, malutko. Były dni, przed świętami, gdy wisiało ich 310.

W pogotowiu wizyta może wisieć? Zalegać?

Zdarza się, gdy nie można od razu zadysponować karetki. Zgodnie z ustawą, dyspozytor, po przyjęciu zgłoszenia decyduje, czy ma do czynienia z sytuacją zagrożenia życia lub zdrowia. Te pierwsze to grupa K1, drugie K2. Po zakwalifikowaniu, sprawę przyjmuje dyspozytor zajmujący się logistyką. Zgłoszenia z kodem K1 wymagają wyjazdu ambulansu w ciągu 60 sekund od momentu ich przyjęcia. W przypadku K2, ten czas wynosi 120 sekund. Jeszcze kilka miesięcy temu, w naszej aglomeracji było nie do pomyślenia, by wizyta wisiała.

Ale przyszła pandemia i sytuacja diametralnie się zmieniła.

Telefony się urywają.

Dzwonią nie tylko pacjenci z koronawirusem. Także ci, którzy mają utrudniony kontakt z lekarzem.

Wiele osób, szukających pomocy to cierpiący na COVID, którzy zaczynają się dusić, mają uporczywy kaszel. Wśród pozostałych są ci, a to niemała grupa, którzy odbijają się od zamkniętych drzwi przychodni. Przychodni teoretycznie otwartych, pracujących w reżimie sanitarnym.

Z mocno ograniczonym dostępem.

Zamiast wizyty w gabinecie, bywa teleporada. Pacjenci traktują telefoniczną rozmowę z lekarzem jak wywiad na temat ich stanu zdrowia. Nikt ich jednak nie osłuchał, nie dotknął. Tydzień przed i po świętach miałem w Zabrzu 8 dyżurów. 80 proc. osób, do których wtedy pojechałem skorzystało już z teleporady, ale ich problem zdrowotny nie zniknął. Nie wiedzieli, co robić, więc dzwonili pod numer alarmowy. Tymczasem my, zespół ratownictwa medycznego, możemy tylko wykonać podstawowe badania, udzielić rad, porozmawiać, okazać życzliwość.

Macie państwo żal do lekarzy rodzinnych, że tak pozamykali się przed pacjentami?

Ja, Michał Kucap mam do nich żal. Kiedy rozmawiam z pacjentami, szczególnie w Kończycach, Makoszowach, słyszę, że wybrali numer alarmowy, bo byli całkowicie bezradni. To nie są ludzie roszczeniowi. Gdy ich słucham, robi mi się przykro. Oni naprawdę potrzebują pomocy, ale jej nie otrzymują. Może z kimś porozmawiali, ale nikt nie chciał ich zobaczyć, wytłumaczyć twarzą w twarz, co mają robić, jak postępować.

No to teraz konkretnie, w sprawie pandemii: dzwonię do pogotowia, bo mój krewny choruje na COVID, a saturacja spada. Przyjedziecie?

Najpierw rozwijam wywiad.

O co pan pyta?

O wydolność układu oddechowego: jak chory oddycha, ile oddechów robi w ciągu minuty, czy nie są przyspieszone i czy nie powodują zwiększonego wysiłku fizycznego, czy pojawiają się dolegliwości bólowe. I to, co zawsze chcemy wiedzieć – saturacja. Pulsoksymetry znacząco zwiększyły liczbę naszych wyjazdów. Wszyscy już nauczyliśmy się, że jeśli saturacja spada poniżej 94 proc., trzeba szukać pomocy. Tymczasem urządzenia, kupowane do jej mierzenia, bywają słabej jakości, pomiar jest nieprawidłowy. Przykład z ostatniej nocy: pacjent, według wskazania własnego pulsoksymetru, miał saturację na poziomie 84 proc., nasz pokazał 95 proc. Poza tym nie miał innych dolegliwości. Inna rzecz, że ludzie nie umieją używać pulsoksymetrów.  Pojechałem do kobiety z 60-procentową saturacją. Wchodzę i widzę świetnie wyglądającą osobę, z uśmiechem od ucha do ucha. Urządzenie założyła prawidłowo, ale zapomniała, że na paznokciach są tipsy.

Ma pan żal do lekarzy rodzinnych, wspomniał o weekendowych problemach w szpitalach, o kolejkach przed ich bramami. Jak jesteśmy przygotowani do walki z COVID?

To nadal nowy temat. Mamy za sobą dwie fale, jesteśmy w trzeciej. Mimo, że spodziewaliśmy się każdej, to i tak wszystkie uderzają w zaskakujący sposób. Nie do przewidzenia.

Czym trzecia fala różni się pod poprzednich? Czym zaskakuje? Młodymi ofiarami?

Druga, w stosunku do pierwszej przyniosła znacznie więcej chorych, także tych w ciężkim stanie. Trzecie uderzenie koronawirusa roznosi się tak jakby ktoś spryskiwał nim duże obszary. I co równie charakterystyczne: wiele młodych osób, z powodu zakażeni,  jest zagrożonych śmiercią.

Wróćmy do pytania o przygotowanie do pandemii: według niektórych polityków, w kraju nie jest dobrze. Ale pan wie lepiej od nich. Jak jest? Dobrze, średnio, źle?

Moim zdaniem, dobrze. Niestety, pewne rozwiązania są wprowadzane z opóźnieniem.  Ostatnio pokazywano długą kolejkę karetek przed zabrzańskim Szpitalem Specjalistycznym, teraz covidowym. Miałem wtedy dyżur. Dyspozytor powiedział mi, że jeśli pojadę na ulicę Skłodowską – Curie będę przed bramą 23. Pojechałem na ulicę Zamkową, do Szpitala Miejskiego.  Uprosiłem lekarza, by nas przyjął, bo pacjent był stabilny. Łóżko ustawiono na korytarzu.  Miasto było wtedy niezabezpieczone, wiele wizyt wisiało. Z lekarzem z Biskupic rozmawiał najpierw dyspozytor, później ja. Zadziałał czynnik ludzki.

I to rzeczywiście oznacza dobrze? Skoro są opóźnienia we wprowadzaniu konkretnych rozwiązań, skoro zamiast na zautomatyzowane procedury trzeba liczyć na ludzki czynnik to chyba nie jest dobrze.

Procedury, by były idealne są stale poprawiane. W przypadku COVID nie ma na to szans, żyjemy z nim dopiero od ponad roku. Te, przygotowane na czas pandemii nie mogą więc być optymalne, wymagają dłuższego stosowania. Dobrze funkcjonuje za to system przekazywania pacjentów. Rezerwujemy dla nich miejsca w szpitalach za pośrednictwem systemu informatycznego. Niestety, gdy liczba wymagających hospitalizacji wzrosła o 500 proc., i on nie wytrzymał. Zawiesił się. I dlatego – w tej sytuacji i innych – nadal istotnym elementem pozostaje czynnik ludzki. Medycznie jesteśmy dobrze przygotowani, ale wciąż trapią nas opóźnienia.

Dokładnie co? To, że pewnych sytuacji nie przewidujemy? Na przykład wzrostu o 500 proc. liczby chorych, wymagających leczenia szpitalnego?

Decyzje podejmowane są za późno.

Ale dlaczego? Rzeczywiście nie da się ich podjąć z wyprzedzeniem, czy źle analizujemy statystki?

Pytanie, co da się przewidzieć na podstawie statystyk? Żartobliwie odpowiadając: wróbel z kotem statystycznie mają po trzy nogi. Nie neguję znaczenia danych, analizowania ich. W przewidywaniach czynionych na ich podstawie popełniamy, moim zdaniem, jeden zasadniczy błąd: czarne scenariusze nie są tak czarne jak być powinny. Musimy zakładać znacznie wyższe liczby dotyczące medycznych  interwencji. No i zapominamy o drugiej stronie medalu. Dobrze widać to w Zabrzu. Szpital w Biskupicach jest covidowy, Specjalistyczny też. Bez zmian działa jedynie Kliniczny, przy ulicy 3 Maja. Skupiamy się na chorujących z powodu koronawirusa, a zapominamy o innych, także wymagających szpitalnej terapii.

Zapominamy? Jak rządzący mogli o nich zapomnieć, skoro wokół wszyscy o nich przypominają? Na alarm biją pacjenci, to samo robią lekarze specjaliści. Onkolodzy lamentują, że w pandemii chorzy zgłaszają się jeszcze później, radyklanie zmniejszając swoje szanse na skuteczne leczenie.

Prawdą jest, że dostęp do specjalistów jest utrudniony, bo znów działamy z opóźnieniem. Dopiero po drugiej fali pandemii zobligowano lekarzy pierwszego kontaktu do przyjmowania w gabinetach określonych pacjentów. Teraz historia się powtarza – rozmowa o chorujących na co innego niż COVID nadal jest przed nami, mimo, że w tej grupie najczęściej pojawiają się stany, nagłe i zagrożenia życia.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *